Marcin Krasny: Skąd ten dziwny pseudonim: Dwaesha? Jak należy go czytać?
Dwaesha: Dwa-es-ha (2SH > tusz) - jeszcze w podstawówce, chlapnąłem gdzieś tuszem i tak powstała praca wygrała jakiś plastyczny konkurs - nie zachęciło mnie to do dalszej "plastycznej" edukacji, ale "słówko" przylgnęło. Dziś - poza tym że utarło się, że pod tą właśnie ksywą ujawniam część swojej aktywności - nie ma to w zasadzie żadnego znaczenia.
M.K.: Definiujesz siebie jako artystę street artu, wraz ze wszystkim, co to określenie sobą niesie. Ukrywasz się więc pod pseudonimem i zwykle umieszczasz swoje prace w przestrzeni publicznej bez konsultacji z władzami miasta. Jednocześnie w przeciwieństwie do sławnego - także w Polsce - Banksy'ego wiele osób zna twoją prawdziwą tożsamość, a Ty sam uczestniczysz w "poważnych" wystawach zbiorowych, jak Survival we Wrocławiu, czy teraz Establishment. Jaka jest więc twoja strategia działania, czy może - mówiąc patetycznie - etos pracy?
D.: Na wstępie dwie uwagi, bardziej twórca niż artysta, bo jeśli już "street art", to i jednak w rozumieniu szerszym niż li tylko sztuka; oraz - jak sam zauważyłeś - nie tyle ukrywam swoją tożsamość, co raczej staram się jej nie eksponować, jako kwestię niekoniecznie istotną. Z jednej strony daje to dystans, swobodę nie wdawania się w spory, czy to co robię wpisuje się (poza-intencjonalnie) już/jeszcze w pole sztuki, a z drugiej - jak widać - nie ogranicza możliwości pełnoprawnego uczestnictwa w jej obiegu. Przy czym korzystanie z instytucjonalnego wsparcia/zaproszeń, podobnie jak działanie na ich marginesie czy samodzielne działania w przestrzeni publicznej traktuję na tym samym poziomie, jako uzupełniające się.
Brak "konsultacji z władzami" nie jest zasadą, a raczej, jeśli już, konsekwencją przyjętego sposobu działania: bywa jego elementem, ale i prozaicznie spowodowany być może brakiem czasu czy możliwości "racjonalnego" wyjaśnienia dokładnie w czym rzecz. W każdym razie, występując na tych samych zasadach, jak inni współuczestnicy, pamiętam o ew. konsekwencjach swego działania.
M.K.: Czy byłeś już kiedyś zmuszony do poniesienia takich konsekwencji?
D.: Pouczenie, przywrócenie do poprzedniego stanu, przepadek przedmiotów stanowiących przedmiot wykroczenia czy mandat - tak, zdarzyło się. Podobnie jak w przypadku instytucji - nie wpisując się w oczekiwania, lub też np. nie przyjmując zaproszenia - bywał swoisty ostracyzm. Z drugiej strony konsekwencje bywają również pozytywne...
M.K.: Opowiadałeś mi już, że czasem konsekwencje przewidujesz sam. Tak było w wypadku tekturowych kamer umieszczanych w miejscach publicznych. Z czasem poddawały się one naturalnej destrukcji, ale w czasie, gdy były zawieszone, zmieniały też trochę swoje otoczenie?
D.: Konsekwencje staram się przewidywać za każdym razem. Interesuje mnie inicjowanie (/programowanie) sytuacji, które np. w zetknięciu z "naturalnym użytkownikiem" danej przestrzeni, mają potencjał uruchomiania dalszych, interesujących znaczeń/pytań. Atrapy kamer - jak zresztą większość wykorzystywanych przeze mnie obiektów (/gestów) - stanowią jedynie pewnego rodzaju rekwizyt-katalizator. Istotne jest więc prawidłowe rozpoznanie, wybór i decyzja o umieszczeniu w danym kontekście.
Moje kamerki montowane były zarówno w miejscach dotąd niemonitorowanych, jak i jako bliźniacze uzupełnienie już istniejących, niepozornie, nachalnie, bez wyraźnej potrzeby, ale i tam, gdzie tego typu ochrona byłaby uzasadniona. Jeśli zostały dostrzeżone, dawały poczucie bezpieczeństwa, budziły zadowolenie, uśmiech czy śmiech, ale i niepokój oraz złość - i to wszystko można było oczywiście w pewnym stopniu przewidzieć. Podobnie jak zaplanować stanowiącą istotny element projektu "naturalną destrukcję" - wynik wyboru materiału oraz wbudowanej w konstrukcję usterki "porządkującej" rozpad. Tak dochodzimy do sedna - momentu ujawnienia i/lub poddania w wątpliwość prawdziwości kamer, konfrontacji naszych oczekiwań i wyobrażeń ze stanem faktycznym.. Tu zaczyna się prawdziwa zabawa.
M.K.: Jak byś określił swoją strategię działania? Czy jej celem jest zmiana relacji panujących w mieście, czy raczej ich testowanie?
D.: Zmianę traktuję w kategorii potencjału, wypadkowej odkrywania możliwości, a więc testowania - i to jest celem. Np. projekt z tabliczkami "Podejdź i usiądź", montowanymi w miejscu "Szanuj zieleń", gdzie impulsem była seria absurdalnych mandatów za piknikowanie na wrocławskich skwerkach, kiedy to reakcja ludzi - planowana jednak raczej na jednorazowe wykorzystanie legitymacji - koniec końców była na tyle duża, że miała szansę realnie wpłynąć na zmianę sposobu interpretacji przepisów.
Co do strategii, każdorazowo staram się traktować problem indywidualnie, nie narzucając sobie przy tym (przynajmniej ponad to co wspomniałem) jakiegoś sztywnego, z góry przyjętego schematu działania. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że nie dbając nawet o utrzymywanie jakiejś konkretnej ciągłości w realizacjach, z dystansu może on być jednak widoczny. Osobiście - szczególnie w kontekście wystawy - sam nie chciałbym się w tej chwili jakoś bardziej dookreślać.
M.K.: Czujesz się bardziej społecznikiem, czy eksperymentatorem?
D.: Nie zastanawiałem się wcześniej nad sobą w tych kategoriach. Z pewnością bardziej interesują mnie relacje, zachowania oraz formy społeczne i ew. poddawanie ich próbom, niż samo w sobie eksperymentowanie. Kwestie formalne traktuję w kategorii arsenału możliwych narzędzi, stąd ew. rozważania przebiegają głównie na linii: zasadność - możliwość użycia.
M.K.: Czy są artyści, których działania starasz się obserwować? Co cię inspiruje?
D.: Ogólnie, staram się być na bieżąco. Konkretnych nazwisk nie będę wymieniał, ale główny trzon moich zainteresowań mieści się w szerokiej orbicie refleksji postkonceptualnej, estetyki relacyjnej i jej krytyki oraz - jeszcze szerzej - sfery publicznej, w tym wszelkich form jej "zagospodarowania". Co do źródeł inspiracji, raczej nie będę oryginalny - życie oraz ludzi, zarówno w kontakcie bezpośrednim, jak i w opracowaniu ;)
M.K.: Czy Establishment jest dla ciebie źródłem cierpień?
D.: Strona administracyjno-formalna, trzymanie się terminów - zdecydowanie tak. Szczególnie przy próbie nie odpuszczania sobie w negocjacjach oraz utrzymaniu - dosyć jednak umownego, ale jednak - podziału na pracę i hobby. Podziału, jako istotnej wartości ułatwiającej choćby określenie się wobec instytucji/obiegu sztuki. Z drugiej strony - jako wynik dostrzeżenia i obdarzenia kredytem zaufania - możliwość realizacji, zabrania głosu oraz bardziej bezpośredniego dostępu do pola poszerzonej refleksji (kontekst sztuki).