Martyna Sztaba: Poznałam Cię jako Bardzo, ale wszyscy kojarzą Cię jako Dwaesha. Co było pierwsze? Działalność galeryjno-świetlicowa czy działanie artystyczne?
Dwaesha: Bardzo to scheda po galerii BARDZO, którą w latach 2001-2002 prowadziłem wraz z Marzeną Szpunar we Wrocławiu, i obecnie obejmuje ona zespół aktywności organizacyjno/informacyjno/wydawniczych. Dwaesha to natomiast "etykietka" dla działań w przestrzeni publicznej (głównie ich dokumentacji). A ponieważ bywa, że występuję w tych kontekstach również z imienia i nazwiska - dla jasności nazywam się Paweł Kowzan.
A wracając do pytania o "pierwszeństwo" - na początku było graffiti. Bardziej zabawa literą, niż jakieś hardkory i czasy "jak to bez konturów?" czy, że "wałkiem się nie liczy" - dziś automatycznie działania określane jako post-graffiti. Wtedy raczej gdzieś na dalekim marginesie "wrocławskiej sceny graffiti". Następnie - Reakcja Na Szarość Dnia - luźna grupa osób i jak sama nazwa wskazuje - reagowanie, atakowanie ulicy kolorami, plamami farby czy seriami przedmiotów. Przemalowywanie/strojenie klatek schodowych, proste akcje, szablony, naklejki, plakaty, murale, muzykowanie, organizowanie imprez, otwarty dom/atmosfera - i gdzieś tam urodziło się - dwaesha.
W międzyczasie rok '97 - Galería Entropia/Biennale WRO - i lekki szok. Video, instalacja, performances, "starszaki" podsuwając lektury, ganiam gdzie tylko się da. Około roku 2000 jako wypadkowa tej rozbudzonej ciekawości oraz pewnego rodzaju zmęczenia ciągłym narzekaniem na niedobór otwartych dla sztuki miejsc we Wrocławiu wraz z moja ówczesną dziewczyną Marzeną Szpunar postanawiamy udowodnić, że jak się bardzo chce to można. I tak w 2001 roku w podziemiach zaprzyjaźnionego Kolejowego Klubu Szachowego Polonia przy ul. Ruskiej 47/48a (podwórko równoległe do Pasażu Niepolda) w rozliczeniu za remont po około pięciuset roboczogodzinach udało się nam powołać - BARDZO - miejsce sprzyjające sztu'cz'ce zwane też Galerią BARDZO. Z założenia mające stanowić uzupełnienie oficjalnego (profesjonalnego) obiegu sztuki. Miejsce spotkań, wymiany informacji, prezentacji zarówno grupowych jak i indywidualnych projektów, w razie potrzeby pracowni czy studia nagraniowego, jednocześnie ograniczając do minimum koszty, wszystko opierało się na chęciach i samopomocy. Jeśli czegoś brakowało to trzeba było odszukać kogoś kto ma/może pomóc.
Jak was znajdowano, mieliście reklamę?
Od początku nastawialiśmy się na kontakt bezpośredni, ew. na reklamę kontekstową, dwie-trzy naklejki/plakaty w miejscach "duchowo" nam bliskich i to zazwyczaj wystarczało. Były też akcje jak ta w Galerii Entropia podczas prezentacji filmów grupy Azorro» a dokładniej pracy pt. Bardzo nam się podoba (w którym odwiedzają znane placówki wystawiennicze Warszawy, a po wyjściu z każdej, w ten sam sposób, aż do przesady - w kółko jednym i tym samym zdaniem - wychwalają, to co przed chwilą oglądali), kiedy to z gęsto upchanej publiczności wyłaniała się co jakiś czas tabliczka z napisem "bardzo g. 19" - nie potrzeba było więcej.
To się jakoś przekładało na ilość osób, które tam przychodziły?
Raczej nie mogliśmy narzekać. Wpadało i po dwieście osób (choć bywały i mniejsze, szybkie zdarzenia - otwarte próby/ pokazy video dla kil kanast u osób). W każdym razie dzięki sporemu podwórku przed, tłum w niewielkiej jednak galerii potrafił się utrzymywać godzinami.
Żartujesz?! To jak to jest możliwe) że ja tam nigdy nie byłam?
To było centrum miasta, w ciemnym podwórku, gdzieś tam za winkiem, piwnica. Teraz są tam cztery kluby, pracownie, ale wtedy można się było co najwyżej kierować na sexshop czy stolarnię "zrób to sam". A to w połączeniu z ograniczoną informacją, dość specyficznym towarzystwem i przy całej otwartości, nie było to łatwym miejscem. Z zabawnych rzeczy - dziś wcale nierzadko spotykam osoby, o których wiem, że tam nie przychodziły, a które twierdzą, że były stałymi bywalcami BARDZO, legendarnego BARDZO ;)
Jakie były najważniejsze imprezy zorganizowane w galerio-świetlicy?
Wszystkie były ważne. Dla mnie liczyło się przede wszystkim spotkanie, bardzo nie lubię tego słowa, ale energia, energia miejsca. Ale jeśli już muszę wymieniać to pewnie większe prezentacje (choć my lubiliśmy nazywać je - wysypami) jak: miłość... zdarza się to nam wszystkim czy tak być nie powinno (zakończone bardzo ciekawym noise-performance Karoliny Wiśniewskiej), gdzie konteksty różnych prac/działań mogły się mniej lub bardziej planowo przenikać. W pamięci utkwił mi również pokaz video Piotra Pardy walczącego z zimą oraz performance Waldka Pranckiewicza, który przygotował u nas grilla (początkowo w piwnicy, by następnie wyjść na podwórko i przerodzić się w miejski piknik). Ważne było również wyjście z piwnicy, w odpowiedzi na zapotrzebowanie części naszych znajomych, którzy dochowali się już potomstwa, zorganizowaliśmy popołudniową imprezę w parku, w której wszyscy włącznie z dziećmi mogli wziąć udział (dość luźną inspiracją była piaskownica Julity Wójcik, na którą udało się nam się kiedyś w Gdańsku wpaść).
I po roku zamknęliście galerię.
Po ponad roku dość intensywnego działania, kilkunastu zdarzeniach wewnątrz i na zewnątrz postanowiliśmy zrezygnować/uwolnić się od stałego miejsca. Po pierwsze był to dość naturalny krok, w związku z naszym zainteresowaniem i coraz częściej podejmowaną praktyką inicjowania działań w przestrzeni publicznej, a po drugie w obawie przed utknięciem (prowadzenie "galerii" nie było dla nas nigdy celem samym w sobie). Generowane obciążenia zmuszały nas coraz częściej do ograniczania własnej działalności. I po trzecie, w międzyczasie udało się wypracować całkiem sprawną sieć - zarówno na poziomie wymiany informacji o tym co się dzieje jak i szeroko rozumianej samopomocy (kolportażu, transportu, bazy noclegowej - taka "alterekonomia na poziomie lokalnym"). I tak odchudzone BARDZO stało się z miejsca - sytuacją sprzyjającą.
Jak to się potem rozwijało?
W międzyczasie nasze drogi z Marzeną się rozeszły, zdecydowaliśmy jednak, by BARDZO trwało. Odbywały się już wcześniej projekty-preteksty, których jedynym spoiwem była wspólna data (np. Wrocław, 29.11.2002) czy miejsce ekspozycji (np. Tak to TU w latach 2002-2003 - projekt dość mocno aktywny na linii: Gdańsk - Poznań - Wrocław - Praga, anektujący pod luźną ekspozycję wybrane fragmenty miasta - takie art flash mob'y), czy wreszcie seria spotkań tak o! (od roku 2003 z przerwami w zasadzie do dziś) - szybkie pokazy tego co się lubi/robi/ma (to mogła być dokumentacja foto, video, muzyka, wiersz, ale i ciekawa książka, artykuł, ulotka, płyta, przepis czy ciasto) i w zależności od potrzeb: mieszkanie, biuro, klub (jako grupa nieszkodliwych wariatów szczególnie miło byliśmy przyjmowani w nieistniejącym już klubie Jazzgot gdzie do dyspozycji oddawano nam często taka małą salę "konferencyjną"). Zdarzały się spotkania w parkach i pikniki na trawnikach pod zaklejanymi przez nas billboardami, murki i ławki, slajdy (jak w przypadku imprezy na dachu galerii dominikańskiej). Wszystko raczej tak karnawałowo, luz i uśmiech zastępowały niedociągnięcia techniczne. Równoległe w latach 2001-2004 funkcjonował mailart'owy projekt coś na/z A4 (obowiązywała jedna zasada - praca ma się dać się powielać na czarno-białym ksero w tym właśnie formacie), który docelowo lądował w przestrzeni publicznej. Nie ważne czy jako plakaty rozklejane na ścianach, rozrzucone ulotki czy połączone w zeszyty podawane z ręki do ręki rysunki, komiksy, foto, dokumentacje, teksty, opisy i instrukcje. Nie archiwizowaliśmy tego, bo chodziło o obieg, dystrybucję. Prace przychodziły/wracały. My w miarę możliwości (darmowe ksero) powielaliśmy je i puszczaliśmy dalej (znajomy na poczcie), dołączając osobną kartkę z instrukcją i naszym adresem kontaktowym.
Jakim "waszym adresem"?
Jako kontakt z BARDZO funkcjonowały, poza @ oczywiście, najczęściej adresy BWA Awangarda oraz ASP. Chociaż nie było z nimi żadnej na ten temat umowy, żadnych ustaleń. Po prostu przychodziliśmy i pytaliśmy, czy nie ma czegoś dla Bardzo Pawła lub Marzeny.
Wśród ludzi zaangażowanych w coś tut/z A4 były głównie przypadkowe osoby?
Początkowo byli to nasi najbliżsi znajomi, następnie osoby związane z galerią BARDZO, twórcy, goście, sieciowi znajomi (w Polsce pomogła z pewnością lista http://www.nnk.art. pl, a za granicą http://www.cyberex.org). Z czasem przychodziły prace z większości europejskich państw z Australii, ze Stanów.
Co się stało w 2004 roku, że podajesz ten rok jako zamykający projekt?
Jako BARDZO przestałem w tym uczestniczyć, podobało mi się, że to był taki samograj. Udało się w tym czasie nawiązać kilka ciekawych znajomości. Kontakt przeszedł na bardziej indywidualny tor.
A co było potem z działaniami?
Znów równolegle. Jakoś pod koniec 2003 roku odnowił się kontakt i reaktywowała się grupa Reakcja Na Szarość Dnia w związku z planowanym ich powrotem do kraju i wspólnie pod szyldem BARDZO przygotowywaliśmy do roku 2005 kilka domowych, "edukacyjnych" pokazów filmowych (m.in. The Yes Man oraz jakiś vhs-zine'owych kopii obrazów związanych z video/body artem, które nam wpadły w ręce) gościliśmy kilku artystów, pomagaliśmy logistycznie w realizacjach prac (m.in. skłotując na ten cel pomieszczenia). Udało się również przygotować lulka większych zdarzeń, m.in.: W przejściu (Wrocław, 2003) - zespół różnego typu subwersywnych działań w jednym z bardziej uczęszczanych przejść podziemnych (ul. Świdnicka), Cały ten klabing (różne miasta, 2004) - wystawa-paczka - zespół instalacji - instrukcji do wykonania w kontekście kubowym, re-kreacja (Wrocław, 2004) - powtórzenia kilku znanych artystycznych gestów i próba wytworzenia z nimi nowych relacji, Street Fest (Legnica, 2005) - szybki mini-festiwal w kontekście street-artu/performances (instalacje site specific/per-formances). I znów równolegle - towarzysko moja droga zeszła się z wrocławskim kolektywem SITKA (http://www.sitka.pl - cdr-zine, dj's sitka boyzz, obecnie radio) i jeszcze w 2004 roku udało się nam zrealizować wspólnie relaks na browarze - street-art wysyp (przy współpracy z ekipą vlep[v]net) i muzyczny relaks (swoją drogą jedna z pierwszych imprez w Browarze Mieszczańskim). W kolejnym roku również z kolektywem SITKA w Centrum Reanimacji Kultury (ex skłot przy ul. Jagiellończyka) współorgnizowlaiśmy kilka koncertów połączonych z szybkimi wystawami (m.in. Z.B.K. - Sławek Czajkowski i jego malarstwo post-graffiti). Poza tym BARDZO w sieci to od 2002 polecamy, czyli kalendarz/linkownia do tego co się aktualnie dzieje/planuje we Wrocławiu...
Porozmawiajmy teraz o Twojej działalności indywidualnej, jako Dwaesha. Od czego zaczniemy? Może od gier ulicznych?
Większość moich projektów stanowi pewnego rodzaju grę (z przyzwyczajeniami, z widzialnością, z kontekstem). Większość zahacza również o szeroko rozumianą ulicę, jako pewnego rodzaju przedstawiciela przestrzeni publicznej. Nawiązując do tej idei podchodów w mieście, robiłem podczas Era Nowe Horyzonty w tym roku we Wrocławiu projekt polegający na rozklejaniu rozpisanych scen scenariusza umieszczonych na 160 plakietkach - rozwieszanych w całym mieście w obiektach festiwalowych. Sama historia jest banalna - wiesz, on i ona się spotykają. Nie było mapki, (...) ludzie musieli szukać bez klucza - przypadkowo. Była po prostu sugestia ciągu zdarzeń, sugestia, że skoro są ponumerowane, to znaczy, że jest tego więcej więc one same napędzały poszukiwania.
Kamerki?
Po raz pierwszy przygotowałem je na Legnicki Street Fest - były to kartonowe atrapy w skali rzeczywiście funkcjonującego modelu kamery (a dokładniej obudowy) umieszczone dość gęsto na jednaj z kamienic. Dodatkowo wszystkie wyposażone były w "usterkę", która powodowała, że po pewnym czasie rozwijały/rozklejały się, ładnie ukazując swą pustkę wewnątrz. Pomijając już sam fakt coraz silniejszego monitorowania przestrzeni miejskiej, była to odpowiedź na coraz częściej ujawniane przypadki umieszczania pustych obudów. Z czasem model kamerki został uproszczony, ponieważ okazało się, że już bardzo prosta forma doskonale imituje prawdziwą. Pojawił się wzór do samodzielnego wykonania imitujący zeszyt Młodego modelarza jako PDF do ściągnięcia na stronie (kilkanaście wydrukowanych sztuk podrzuconych zostało w Monachium na targach dotyczących ochrony przez znajomego zajmującego podobnymi systemami i podobno poza uśmiechami, odebrane zostały jako jednak rzeczywista oferta) i tak "kamerki" zaczęły pojawiać się w różnych mniej lub bardziej niespodziewanych miejscach i wywoływać skrajnie różne reakcje. Np. umieszczone w kamienicy na klatce schodowej u (naszego wspólnego znajomego) Dawida Bargendy spowodowały zwołanie zebrania lokatorskiego i silną potrzebę wyjaśnieni kto śmie ich kontrolować. Na nic zdały się argumentu, że to atrapy, że może chodzić o ich bezpieczeństwo.
Tu wrzuca się rzeczy, zanim się zepsują?
Pewnym luksusem jest móc wyrzucać rzeczy, zanim się zepsują, chyba wszyscy znamy wystawki organizowane u naszych zachodnich sąsiadów, kiedy to, wymieniając domowe sprzęty na nowsze, jeszcze działające wystawia się przed dom. Odbiłem ten szablon na śmietniku obok mojego bloku i (ku lekkiemu zdziwieniu, bo co rusz się słyszy, jaki to syf Polacy potrafią wyrzucać do kontenerów PCK) po tygodniu ludzie zaczęli tam znosić sprzęt i różne materiały. Czyli całkiem praktycznie, bo w sumie dość często, gdy potrzebuję jakiś materiałów, to zaglądam w pierwszej kolejności do śmietnika czy też proszę o to znajomych. Dodatkowa frajdę sprawia mi taka możliwość przetwarzanie znalezisk. Ten tekst z szablonu pojawił się również jako wzór naklejek do ściągnięcia/wydrukowania i samodzielnego umieszczenia w wybranym miejscu - taka otwartość projektów jest dla mnie dość ważna. W ogóle staram się udostępniać wzory, metody czy narzędzia. Taki aktywistyczny open source.
A na czym polegał Twój udział w Survivalu?
To było raczej takie działanie na marginesie w kontekście festiwalu Survival 4. Rozlałem ponad dwa litry odświeżacza - koncentratu zapachowego w jednym z głównych holi wrocławskiego dworca głównego PKP - miejsca festiwalu. Poza dość dosłownym gestem "odświeżenia" - próbą ukrycia wstydliwej prawdy o dworcu (i jego mieszkańcach - swoją drogą - w dużej części wyproszonych podczas wernisażu) mającym opinię jednego z najbardziej cuchnących w kraju). Przy okazji (jak w przypadku dobrych perfum) podniesienie statusu oraz próbę wpłynięcia na pamięć o nim. Zapach przenoszony był na obuwiu oraz odzieży. W kontekście graffiti (od zawsze związanego z koleją) - pewnego rodzaju tag przenoszony tym razem wewnątrz pociągu, czy też rozpoznając zapach w kontekście sztuki (powołany na ten cel festiwal) można pokusić się o odniesienie do Andrzej Partuma i jego pracy Smród. Przy działaniu na marginesie festiwalu (braku legitymizacji jako "artysta") - prywatne przetestowanie możliwości ataku terrorystycznego - biologiczno-chemicznego. A biorąc pod uwagę wyjątkowo wzmożoną ochronę dworca (SOK, policja, prywatna agencja ochrony), dość mocno uwypukliła się nieporadność i brak zainteresowania, odpowiedzialności zarówno tych służb, jak i samych przechodniów. Jako kropka nad "i" następnego dnia, podając się za dziennikarza, podjąłem próbę uzyskania materiałów z kamer dworcowych (miała istnieć taka możliwość) - wydało się, że niestety najprawdopodobniej w ogóle nie działały.
Był zapach, kolor...
W użyciu bywał dźwięk: w 2005 roku podczas remontu w jednym z domów handlowych w Krakowie pod wylewaną betonową podłogą udało się umieścić przyczepioną do rury spreparowaną zabawkę (obcięcie kilku ząbków w mechanizmie), która wystukiwała z przerwami alfabetem Morse'a S.O.S. aż do wyczerpania bateryjki. Czy też w 2002 roku w Toruniu - nagranie awantury, płaczu dziecka, jakiś stukotów, umieszczone w kanale wentylacyjnym Biblioteki Uniwersyteckiej i dające się słyszeć w czytelni (jak zza ściany) przez cały dzień. Bywała woda, a dokładniej szablony odbijane wodą - Rzuć wszystko i chodź się całować. Wzór był widoczny ok. 10 min i tyle wystarczyło. Do momentu zatrzymania przez Straż Miejską w trakcie wypisywania mandatu napis znikał. No i graffiti alfabetem Breaile'a. To był wynik warsztatów z niedowidzącymi dziećmi. Powstał wyklejony na ścianie z gipsowych dzióbków napis cały czas ruch - można się było po nim wdrapywać, aż do zużycia. A przesunięty w kontekst graffiti uwypuklił brak czytelności i hermetyczność kodu. Było też sadzenie kwiatów na poboczach/skwerkach, czy umieszczanie strzałek wskazujących pęknięcia/szczeliny na chodnikach/budynkach jako tagowanie - umieszczanie własnego znaku - czyli znów gdzieś tam graffiti.
Cały czas uważasz, że to jest graffiti?
Myślę, że tak. Ze działając/publikując choćby dokumentację w rym kontekście, powiązania są dość mocno widoczne. Ja się uważam cały czas za grafficiarza, za niedzielnego grafficiarza ;).
Co jest takiego charakterystycznego we Wrocławiu, że to właśnie tam skupiła się ta najciekawsza scena street-artu? Dwaesha, Truth...? I czy sam kontekst Wrocławia jest dla Ciebie ważny?
Street-art to zbyt rozdęte pojęcie, by uogólniać. Uważam, że sceny nie ma u nas w kraju, nie mówiąc już o mieście. Jest w sieci. Wrocław cenię z pewnością za jego tranzytowość, że nie ruszając się stąd często można liczyć, że ten "inny" i tak sam tu wpadnie. Czuć ruch. Poza tym - miasto jak każde inne. No może w szybkim tempie coraz ładniejsze.
Ej! no i pozdrowienia :]
rodzicom chcę podziękować za wyrozumiałość.
Lipiec-listopad 2006-11-11 Wrocław-Kraków-gg